czwartek, 24 kwietnia 2008

Tożsamość...

Nie jest łatwo być jakiejś określonej narodowości. Czasem mniejsze zaangażowanie jest łatwiejsze do strawienia. Ileż bólu i cierpienia można sobie zaoszczędzić wypowiadając sloganowe "nie obchodzi mnie to, ponieważ mnie nie dotyczy". Pozostaje tylko pytanie, czy po rozpatrzeniu tego hasła w systemie zero jedynkowym faktycznie jest to twierdzenie prawdziwe.
"Polak" brzmi dumnie, kiedy wygrywa reprezentacja, chwali się nasze dobra narodowe, albo sytuacjach, kiedy faktycznie coś nam wyszło. Może nawet nie przez przypadek. Powtsaje jednak pytanie, co z tego wynika?
Dlaczego tylko wtedy, kiedy jest łatwo podniesiemy głowę do góry i powiemy "Tak, jestem z tego dumny". Nikt nie walczy dzisiaj o Polaka, albo lepiej powiedziawszy niewielu. Bardzo łatwo zapomina się o poświęceniu poprzednich pokoleń i utrwala się stereotyp człowieka globalizmu.
Nie jest łatwo, ale nikt nie powiedział, że będzie.

poniedziałek, 10 marca 2008

Biało mi...

Nie jest mi do końca znana przyczyna takiego stanu rzeczy. Zapewne jedną z wielu przyczyn jest zła dieta, inna przyczyna to stres, zapewne ciągły. O, tempora. Zazdroszczę facetowi z reportażu, który widziałem kilka dni temu. Facet wyjechał sobie w Bieszczady, kupił kawałek ziemi i żyje tam z dziećmi uprawiając kilka morgów pola. Spokój, cisza, praca od rana do wieczora. Z jednym małym wyjątkiem: osobnik dokonał świadomego wyboru. Pewnego dnia spakował się i wyjechał. Nie chciał być biały. A ja bieleję. Może trochę wolniej, niż jeszcze parę miesięcy temu, ale jednak... Nie jest to stan rzeczy, który można łatwo zaakceptować. Moim zdaniem jest to pierwszy z kilku dzwonków, które można, ale nie trzeba usłyszeć. Ja, podobnie jak Piotruś Pan, jeszcze słyszę Dzyń. W zeszytach Maleństwa, w otoczeniu drzew w lesie, w uśmiechu Pięknej. Słyszę Dzyń. A ta wróżka nie jest tą, która jak Temida waży za i przeciw. Ona wyraźnie (jeszcze) woła: "może być inaczej". Tendencyjnie i subiektywnie nawołuje do pozostania małym chłopcem, albo co najmniej do powrotu do tego stanu. Nie jest to już tak całkowicie możliwe - najważniejszą kontrą są Maleństwo i Piękna. Ale spokój i cisza... Jednak marzenia jeszcze są na wyciągniecie ręki. I zdecydowanie mogą dać się zrealizować. A Dzyń będzie wołać za mną, jak za małym chłopcem. A będąc podobnie jak Piotruś Pan Narcyzem, pochlebia mi ten głos. Dopóki słyszę jej wołanie, nie boję się bielenia.

wtorek, 15 stycznia 2008

Zima


Może trzeba było nie krakać i pooglądać sobie spokojnie mecz, a dopiero potem coś napisać i podzielić się tym z resztą świata? Może trzeba było nie ślepo wierzyć w sukces, ale sceptycznie popatrzeć na skład, motywację i potem rozsądnie oceniając sytuację pozwolić sobie na lakoniczne "jak zwykle"? Tylko jak można trzeźwo oceniać sytuacje, kiedy serce wali jak młot i transmisję ogląda się (prawie) z wypiekami na twarzy? Koniec końcem siatkarze dostali łupnia i szykują się do majowego turnieju w Japonii.
Tymczasem przyroda szaleje i słońce świecąc jak oszalałe przypomina, że wiosna zbliża się coraz szybciej. Nie dotyczy to tego, że kwitną drzewa, jest +8 i widziałem już latającą osę, ale raczej wskazuje na rozpędzający się kalendarz. Dopiero co Sylwester, a tu już 15-sty i trzeba szykować się do zabójczej końcówki stycznia. Znowu sypnie papierami i jak zwykle trzeba będzie załatwić tysiąc rzeczy "na cito", "za godzinę", "do południa", "błagam, jak najszybciej", itp.
W sumie to jest nawet przyjemne. Sam lubię zostawiać niektóre rzeczy na ostatnią chwilę, więc czemu nie mają tego robić inni? Póki wpływa to na lepsze funkcjonowanie i nie niszczy dotychczasowego porządku rzeczy, to czemu nie?
Tylko niech zima nie zostawia śniegu na ostatnią chwilę. Święta Wielkanocne to nie jest najlepszy czas na kulig.
AHA. Zdegradują, czy nie zdegradują? Sza. Ani mru mru. Bo się nie spełni.

poniedziałek, 7 stycznia 2008

Pierwszy


Pierwszy post w następnym roku. Pisany w chwili, gdy Polacy śmigają w siatę Hiszpanów. Dla nich to też nowy początek. Wietrzenie mieszkania już za mną. Wszystko, co było niedokończone jest już pozamykane i teraz można śmiało przystępować do zapełniania nowego kalendarza nowymi ważnymi spotkaniami, wydarzeniami i wspominkami. Tylko nie mogą być tuzinkowe i miałkie. Dlatego na razie - wystarczy.

czwartek, 20 grudnia 2007

Mein Baumchen mit 10 bunten Kerzen...


... przypomina mi o domu.
Dzisiaj poczułem Święta. Po pierwsze nie cierpię zakupów i broniłem się rękami i nogami przed wyjściem z domu podczas popołudniowego zaćmienia (zarówno meteorologicznego jak i umysłowego). Nie chciałem wplatać się w tłum ludzi pędzących do nikąd i goniących za Bóg wie czym. Jednak nie mogłem zamknąć za sobą drzwi i poczuć się jak w pustelni, bo wiek i stan cywilny już nie te. I na dodatek środa pucharowa (BAYERN WYGRAŁ 6:0; Jupi jupi jej :).
Po pracy przed galer(j)ą. Wyszedłem z auta i zobaczyłem oświetlony Plac Dominikański, Oławską i.. jakoś mi przeszło. "Święta idą Rafciu" pomyślałem "więc spasuj troszeczkę, uśmiechnij się, bądź miły i wyrozumiały, odpręż się i korzystaj z chwili". Qrcze podziałało. Abstrahując od tego, iż moje myśli chwilami zaprzątał niebagatelny problem czy zapach piernika w galerii był chwytem marketingowym, czy nie i czy humor poprawił mi raczej zakup sweterka (jak baba, przepraszam), czy zabandażowana ręka niuni ("bo tato,no... szpilka leżała w klasie"), to mogę powiedzieć generalnie, że popołudnie było bardzo udane. Nawet podejrzanie za bardzo. Wniosek nasuwa się sam: czasem lepiej zacisnąć zęby i rzucić się w wir czynników zewnętrznych. Druga połowa uśmiechnięta, zadowolona, ja też załatwiłem prezencik (wiem, wiem, najmniejsza linia oporu, ale sama sobie nigdy nie kupi, bo... za drogo powiada. Bla bla bla.)
A w nagrodę Bayern rozgromił kogo trzeba, i tylko dwóch rzeczy mi nagle zabrakło.
Pierwsza to płyta Toma Astora, którą tata był zakupił jakiś czas temu i woził w aucie na każde Święta (Bóg jeden wie, jak jej nienawidziliśmy) i której mi teraz brakuje. Sam nie wiem, czy bardziej brakuje mi płyty, czy tej jazdy w piątkę samochodem z tą kasetą.
A druga rzecz... z samego rana zadzwonię do mamy z pytaniem kiedy kręci sernik :D

piątek, 14 grudnia 2007

Czas nie czeka na nas

Jestem spóźnialski. Mea culpa. Nigdy (odkąd sięgam pamięcią) nie byłem w stanie zdążyć na czas. Na własny ślub się wprawdzie nie spóźniłem (dzięki Bogu), ale mało brakowało. Na poprawkę z fizyki zaspałem, do kina wchodzę w ostatniej chwili, ale poprawa tego stanu jest już wyraźnie zauważalna. Generalnie z wiekiem nie spóźniam się, ale jestem "rychło w czas". I chwała Panu. Nie wiem jeszcze tylko, czy jest to zależne od postępującego wieku, czy też zgodne to bywa z nowymi zwyczajami, które ciężko (bo ciężko) i mozolnie zadomowiają się w moim codziennym bytowaniu.
Mimo wszystko to moje spóźnianie nie zwalnia mnie z obserwowania upływającego czasu, kiedy ktoś zachowuje się tak w stosunku do mnie.
Nie jestem specjalnie wredny i nie wypomnę nikomu spóźnienia rzędu 10-20 minut, ale strasznie nie lubię, kiedy marnotrawi się mój czas. Najgorsze jest to, że nie chodzi o dosłowne marnotrawienie mojego czasu, ale posrednie wpływanie na mój tykający zegar.
Przykładów można by mnożyć bez końca. Reklamy w telewizji, które ciągną się w nieskończoność. Niech one sobie nawet będą w najlepszym momencie filmu - ja to rozumiem, bo to prawa marketingu stosowanego. Tylko za jakie grzechy tak długo?
Ale nie reklamy były przyczynkiem do napisania tego tekstu. To spotkanie szkoleniowe, na którym nudzę się strasznie i płodzę słowa powyższe i poniższe. Temat w ogóle mnie nie obchodzi, bo mnie po prostu nie dotyczy. A trzeba siedzieć, patrzeć i udawać, że się słucha słowotoku. Może gdyby temat pasją się przejawiał jakową, albo prelegent historyje jakowe nakreślać próbował. Nic z tych rzeczy. Nuda. Obsługa programu, którego nie będę używał, a którego obsługa mojej córce za 4 lata zajęła by ... 15 minut. Tu wszystko wlecze się już 4 godziny.
Marnuje się mój czas. Nie mam na to wpływu. Ktoś zadecydował, że mam siedzieć i wpatrywać się w projektor. Trudno. Tylko, że w tym czasie mógłbym robić inne rzeczy.
Kara Boska za moją postawę moralną. Katharsis, które pozwoli mi odkupić swoje winy.. do następnego razu. Koniec. Wreszcie do domu.

wtorek, 20 listopada 2007

Sito

Jest wiele rzeczy ważnych, ale są rzeczy ważne i są rzeczy ważniejsze.
Ważne rzeczy ostatnio zdecydowanie odcinają się od normalnego funkcjonowania jednostki ludzkiej. Trzeba dobrze pracować, gdzie dobrze nie zawsze idzie w parze z logicznie uzasadnione i przemyślane. Ale jest ważne. Trzeba dbać o zdrowie, gdzie to dbanie nie zawsze idzie w parze z prawidłowymi odruchami samozachowawczymi (patrz nasze granie w piłkę w piątki). A zdrowie przecież najważniejsze.
Pozostaje tylko jedno ale... Lubię robić wiele rzeczy i byłoby uzasadnione robienie ich dlatego, że są nie tylko ważne, ale także pożyteczne i to pod różnym względem. Mimo wieku, wydawałoby się słusznego, jest kilka zdarzeń i czynności dnia codziennego, nie do końca zbieżnych z moim odczuciem przydatności, które zdążyłem w sobie wykształcić przez te kilkadziesiąt lat.
Zastanawiające jest to, że w swoim narcyzmie nie jestem odosobniony w postrzeganiu tych paranormalnych zasad, które, mimo mojej woli, a czasem wbrew wyraźnym sprzeciwom, dzieją się dookoła. Czas coś pozmieniać. Radykalnie. Najchętniej pojechać gdzieś niekoniecznie daleko i zaczynać wszystko od początku. Poukładać niepoukładane, posprzątać nabałaganione, posłuchać niesłuchanych i wypowiedzieć niewypowiedziane. Szybko. Bardzo szybko. Bo średnia życia facetów na tym łez padole to tylko 71 lat... a to zdecydowanie za krótko na papranie się w rzeczach tylko ważnych.